Wybacz. Ja nie chciałem.

Dzisiaj, w Boże Ciało, po pewnej rozmowie i po otrzymaniu przykrej wiadomości, przypomniało mi się opowiadanie które napisałem w 1998 roku i zamieściłem w naszej, lokalnej gazecie.
Proszę przeczytać, a komu się spodoba to skomentować i dalej upublicznić.

Wybacz. Ja nie chciałem.

-Piotruś-zobacz synku co z dziadkiem!
Chłopiec skinął głową i podjechał na swoim wózku do drzwi balkonowych.
-Dziadku,dziadku zawołał półgłosem, ale staruszek ani się ruszył. Jednak regularne ruchy oddychającego ciała uspokoiły dziecko.
Delikatnie, po cichutku zawrócił do pokoju i podjechał do mamy. -Dziadek śpi -szepnął.
Mama pokiwała tylko głową nie przerywając gotowania obiadu.

Piotrek,12-letni wyrośnięty nad podziw chłopiec, od dwóch lat jeżdżący na inwalidzkim wózku, z powodu -jak on to określa-
-bo nogi nie chcą mnie nosić-. pojechał do swojego pokoju. Przeniósł się na tapczan i próbował zasnąć. Ale nic z tego, natrętna pamięć, niczym pszczoła do ula, do minionych obrazów wracała. To grał w piłkę z kolegami, to biegał po lesie, to zaś z ojcem motor reperowali. Ten, na którym wkrótce miał się samodzielnie przejechać.I na zmianę, obraz sali szpitalnej, długie igły w nogach, łzy matki i zacięty wyraz twarzy ojca. Znowu szpital, ale
inny, większy, nowoczesny. Wreszcie ten wózek, już nieodłączny towarzysz do końca życia, jak zawyrokowali zrezygnowani lekarze.
Nie zauważył nawet, kiedy zaczęło go piec pod powiekami i kolejne łzy potoczyły się po policzkach.Otrząsnął się wkrótce, usiadł
pospiesznie, otarł mokrą twarz i setny raz obiecując sobie, że będzie silny, sięgnął po radio swojego nieodłącznego przyjaciela, którego dostał na gwiazdkę od taty.
Energicznie otwierane drzwi, wesołe:-dzień dobry-, wyrwało domowników z własnych myśli. To ojciec wrócił z pracy. Nawet dziadek powoli poruszył się, uśmiechnął pod nosem, niespiesznie wstał
z fotela na lato wystawionego na taras i poczłapał do stołowego, gdzie matka już podawała zupę.
Piękny był ten majowy dzień i rodzice poszli po obiedzie pracować w ogrodzie, chcieli nawet zabrać Piotrka, bo to raptem kilka schodów i już nie raz znosili syna wraz z wózkiem, ale dzieciak wymówił się ciekawą audycją w radiu. I choć głupia to była wymówka, bo tranzystor można zabrać ze sobą, jednak rodzice nie nalegali. Dziadek wrócił na swoje miejsce na tarasie, wystawił twarz do słońca i najpewniej zamierzał wrócić do przerwanych obiadem marzeń sennych. Ale Piotruś -bystry chłopak- coś dziwnego zauważył w zachowaniu
dziadka. Wyjechał więc za próg, stanął obok staruszka z uduchowioną twarzą i zapytał:
-Co, znowu byłeś w niebie?
-A żebyś wiedział, że byłem -mruknął odrobinę zły, że mu przerywają
dziadek.
-To mi opowiedz.
-Po co, żebyś się śmiał?
-No dobra dziadku, opowiedz. Nie będę się śmiał -prosi przymilnie wnuk.
Powoli, jakby jeszcze wątpił czy powinien, zaczął dziadek opowiadać. -Tak tu sobie siedziałem, słonko ogrzewa stare kości i zebrało mi się na wspominki, jak to przeżyłem te moje ponad 80 lat.
Najpierw zobaczyłem siebie małym chłopcem, pasłem krowy, pracowałem w polu, powoziłem koniami u dziedzica, później Anielka, znaczy Twoja babcia mi się przypomniała. Zgrabna była kobieta, a po zabawach tośmy pierwszą parą byli. Wspomniałem sobie jak urodził się Twój ojciec, nasz pierworodny, ile to z nim było kłopotów, nie chciał w polu robić tylko w te książki ślepił, a jak podrósł, to nic tylko do
szkół pójdzie. I poszedł. Tu dziadek zamilkł.
-No i co dalej, to już znam, opowiadałeś mi przecież -niecierpliwił się chłopiec.
-E, musiało mi się przyśnić -wysapał dziadek.
-No mów, mów, nie kombinuj -przynaglał mały.
-Wysoko, w promieniach słońca zobaczyłem moja Anielkę. Była taka wesoła jak za młodu i wołała mnie, machała do mnie ręką. Piękna była, naprawdę, aż nie mogłem uwierzyć że to ona, ale przecież swojej żony bym nie poznał?
Jakoś zapomniałem, że nie żyje. To już siedem lat.Wstałem z tego fotela i poszedłem do niej. Raczej popłynąłem jakby wiatrem popychany. I już tam byłem. Wzięła mnie Anielcia za rękę i
niby idąc, niby płynąc, niby jadąc na czymś, powędrowaliśmy dalej w górę. Do słońca.
Przecież tam jest gorąco, słońce nas spali, jakby myśl czy może uczucie przeleciało mi przez głowę, ale nic a nic się nie bałem. Moja Aniela zawsze mnie dobrze prowadziła.
Wszędzie złote promienie ale jakieś takie jak żywe, czułem, że mógłbym z nimi porozmawiać. Ale nie było czasu bo nagle przed nami objawił się „On”. Nie wiem kim był i nie umiem Go opisać, jedno tylko wiem na pewno, że był potężny i dobry.Obok stali inni, ale widać było, że jacyś mniejsi. Też wielcy i dobrzy, ale gdzie im było do „Niego”. Otaczała Ich wszystkich jakaś chmura, różowa i delikatna, jak nie przymierzając przedwieczorny obłok w promieniach
zachodzącego słońca.
Anielka, to znaczy Twoja babcia, wzięła mnie mocniej pod rękę i
odprowadziła bliżej. Gdy znalazłem się w tej mglistej otoczce poczułem, że jest mi dobrze i chcę tu zostać. I jeszcze coś poczułem. Poczułem, że „On” mnie pyta czy już wszystko załatwiłem tam na dole.Czy jestem gotów. Pomyślałem, że tak, ja jestem gotów, ale mam jedną prośbę: -Pozwól „Panie” bym mógł o tobie opowiedzieć mojemu wnukowi Piotrkowi, który tam w dole na swoim wózku siedzi i czeka na moje wieczorne opowiadanie.
-Tak, idź, opowiedz mu co tutaj widziałeś, a jeżeli zechce to go tu przyprowadź -rzekł”On”. Jeszcze jedno Piotrusiu rozumiałem: -Tam na swoim wózku nie dojedziesz.Musisz dojść na własnych nogach…
Przerwał dziadek opowiadanie, bo wnuk z krzykiem rozpaczy zatrzasnął za sobą drzwi do swojego pokoju. Gdy zaskoczony starzec już po krótkiej chwili usłyszał trzask i łomot dobiegający z pokoju wnuka pokuśtykał zajrzeć co się stało. Ale drzwi zastał zamknięte. Przybiegli też zaalarmowani hałasem rodzice, i pukali, kołatali do drzwi, prosili by syn otworzył, równocześnie pytając dziadka: -co się stało?
Zdziwiony, zawstydzony, i ze zbolałą miną stary odrzekł:
-Ja…ja mu tylko mój sem opowiadałem.
Nagle jak grom, jak piorun który wszystko niszczy, pojął dogłębne znaczenie swoich słów:
-Tam na wózku nie dojedziesz….
Porwał się winowajca naprzód, roztrącił gwałtownie rodziców chłopca i błagalnym głosem zawołał:-Wybacz Piotruś, ja nie chciałem. Odczekał chwilkę cudu nasłuchując i znowu powtórzył:-Wybacz Piotruś, ja nie chciałem. Cisza.
Zgiął się wpół biedny starowina, złapał kurczowo klamkę i dalej powtarzał swoje zaklęcie:-Wybacz Piotruś…Po czym powoli osuwając się na podłogę wyjęczał boleśnie:…ja nie chciałem.
Zaskoczeni rodzice patrzyli na ten dramat jak skamieniali.

_Paraliż- słowo jak wyrok padło z ust lekarza, który skończył badać leżącego bez ruchu dziadka.Łzy w oczach synowej, i rozpacz w oczach syna dopełniły tragedii. Tylko Piotrek z zaciętym wyrazem twarzy siedział z boku na swoim wózku, a w jego oczach nie widać było współczucia. Dobrze, że nikt tego nie widział. Wszyscy wlepiali oczy w nieszczęśliwego starca.
Mijały dni.
Wszystko pozornie wracało do normy. Ojciec chodził do pracy, matka jak zwykle krzątała się po kuchni i ogrodzie, tylko ci dwaj byli już inni. Dziadek nieruchomy i sztywny, bledszy od swojej białej pościeli, tylko oczy głęboko zapadłe szkliły się jakby gorączką trawione. Choć przecież troskliwa synowa często mierzyła mu temperaturę i termometr nic alarmującego nie wskazywał. A chłopiec stał się mrukliwy i zły jak osa. Całymi dniami siedział w swoim
pokoju. Najpierw próbował naprawić radio, które w odruchu złości na dziadka rozwalił o ścianę. Ale nie dał rady. Zmiął nędzne resztki i z pasją wyrzucił przez okno. Nic dziwnego, głowa go bolała a uszy pękały od słów, które jak kropla wody a czasem jak wodospad boleśnie
drążyły mózg:
-Tam na wózku nie dojedziesz!
Znienawidził dziada za te słowa. Znaczą one tyle, że mimo iż tak cierpi, nie ma dla niego miejsca tam w górze. No to będzie zły.
Życzył sparaliżowanemu starcowi wszystkiego najgorszego, chciał żeby umarł, albo i gorzej żeby go diabli wzięli. Za to, że przebrał jego miarę goryczy, że zabrał mu ostatnią nadzieję.
Z tych nerwów, z tej złości nie jadł, nie spał i chudł w oczach powodując tym bezsilną rozpacz matki, która prośbami i łzami wmuszała w niego każdy kęs jedzenia. Nawet i ojciec, ten wzór dobroci i wesołości tracił czasem cierpliwość, a raz nawet przyszedł pijany z pracy i zrobił matce awanturę o niesmaczny obiad. Przepraszał potem bardzo, ale na spokój tego domu kładł się już coraz dłuższy cień.

Nie da się żyć tylko złością i nienawiścią. Piotrek wkrótce przekonał się o tym. Musiał zostać w łóżku. Gorączka i zimne poty były teraz jego towarzyszami. Pobladła twarz i drgawki znowu dołożyły matce trosk. Miała biedna teraz dwóch obłożnie chorych w domu. Dobrze, że choć ojciec przestał się z bezsilności miotać i gdy
smutna kobieta zamartwiała się przy łóżkach ojca i syna, on pracował po godzinach by opłacić lekarzy, którzy i tak nie umieli znaleźć lekarstwa na chorobę chłopca. Bo czyż jest lekarstwo na niezrozumienie, złość i wynikającą z tego nienawiść?
Łatwiej im poszło z dziadkiem. Ten już nigdy nie wstanie.

Nadeszło lato.
Przez uchylone okno pokoju chłopca wpadał lekki wietrzyk, muskając delikatnie wynędzniałą twarz chorego. Spał -o dziwo- spokojnie, a raz nawet się uśmiechnął, co napełniło serce matki radością i otuchą. To pewnie te nowe lekarstwa zapisane przez lekarza, którego ojciec aż z województwa sprowadził, tak dobrze działają. Ale to nie lekarstwa. To sen tak rozjaśnił oblicze chłopca. Co prawda po chwili łzy wycisnęły się spod zamkniętych powiek, ale tego na szczęście matka nie zauważyła, bo pobiegła do ojca podzielić się wesołą nowiną o pierwszym od tak dawna uśmiechu syna.
A syn w tym czasie miał sen. Był daleko. Jakaś pani przyszła po niego i po promyku słońca wyprowadziła przez okno gdzieś hen wysoko, w miejsce które jakby kiedyś widział. A może tylko ktoś mu tylko o nim opowiadał? Przyprowadziła go pani tam, gdzie”On”,wielki i dobry,w różowym obłoku na chłopca czekał. I cóż malcowi powiedział ten wszechwiedzący? Ano nic, tylko pokazał jakby film, na którym klatka po klatce przesuwało się życie duchowe dziadka od chwili wypowiedzenia tego, pamiętnego zdania. Zobaczył Piotrek
bezwładne ciało na tle białej pościeli i zakłopotał się. Ale gdy zobaczył co się w nim kryło -zapłakał. Był tam niewypowiedziany żal za nieopatrznie wypowiedziane słowa, była prośba, o niemożliwe przecież cofnięcie czasu. Niezmienna miłość i jeszcze coś co do reszty rozpaliło serce chłopca. Była tam prośba do „Niego” by zabrał całe zdrowie dziadka i dał je nogom syna. Przecież „On” wszystko może.
Zrozumiał mały jak wielkim człowiekiem był jego stareńki dziadek, i choć czasem coś źle powiedział to nie było w nim nic prócz miłości i chęci pomocy innym. Przerażony, zaskoczony i zawstydzony błagał Piotrek niewypowiedzianymi słowami o prawo do naprawienia błędów które popełnił, jak teraz jasno widział z egoizmu i fałszywego mniemania, że tylko on cierpi. Już wiedział jak zło naprawić.
Dostał pozwolenie i dużo czasu na poprawę. Szybko pojął nauki jakie tu otrzymał i za przyzwoleniem „Pana” wrócił na swoje ziemskie miejsce. Do umordowanego ciała na matczynej pościeli.

Tylko trzy dni trzeba było, żeby choroba w widoczny sposób zaczęła ustępować, a pierwszą jazdę na wózku jaką rekonwalescent wykonał po wstaniu z łóżka skierował do pokoju dziadka. Tam już
na jawie zapłakał, a w szklistych oczach sparaliżowanego wyczytał jak w najgrubszej księdze wszystko co powinien teraz uczynić. Że nie płacz lecz silna wola, że nie gniew tylko współczucie, że dziadek miał rację:-Tam na wózku nie dojedziesz.
Odtąd, po kilka godzin dziennie siedział przy łóżku tego, który życie za niego tak lekko oddawał, ale też na kilka godzin zamykał się w swoim pokoju. Tam ukryty przed oczami rodziców, dziesiątki razy próbował aż wstał na własne nogi. Dziesiątki razy upadał próbując wykonać pierwszy, samodzielny krok.I tysiąckrotnie, na pytanie zaniepokojonej matki odpowiadał, że to krzesło się przewróciło i narobiło hałasu. Tak. To było kłamstwo, ale gdyby się nie udało to te szaleńcze próby spotęgują rozpacz rodziców, a on już wiedział, że nie wolno nikomu dokuczać. Choćby niechcący.

Gdy lato minęło i białe pajęcze sieci rozciągnięte na żółtych
promieniach słońca utworzyły pomost stąd aż do nieba, przyszła Anielka i zabrała swojego ukochanego w ostatnią drogę, Na wieczne, wspólne życie. Opierał się stary, nie chciał iść przed „Jego” oblicze, bo był pewny, że nie wykonał zadania jakie mu kiedyś powierzono. Ale cóż, siła wyższa, musiał iść.
I kiedy doszła ta zwiewna para przed „Jego” oblicze, starzec ostatni raz obrócił się i spojrzał na ziemię. A to co zobaczył, zrozumiał i usłyszał było mu nagrodą za miesiące udręki spędzonej w samotności duszy, przykuty do łóżka z wielkim poczuciem winy.
-Wykonałeś powierzone ci zadanie. Pięknie wykonałeś.
Zobaczył klęczącą przy jego łóżku zapłakaną szczerze synową, syna, któremu po z pozoru spokojnej twarzy płynęły wielki łzy i zobaczył jak powoli otwierają się drzwi, a do pokoju wkracza na własnych
nogach Piotruś. Tak, na własnych nogach. I choć jeszcze powoli, jeszcze z trudem, ale ze straszną determinacją, samodzielnie, bez wózka.
Usiadł wnuk na skraju dziadkowego łoża, potrząsnął głową, przetarł ręką po oczach jakby mu tam coś przeszkadzało i cichutko wyszeptał:
– Wybacz dziadku. Ja nie chciałem.
I puściły tamy, i puściły pęta, polał się potok szczerych, obfitych łez.

Odwrócił wreszcie dziadek wzrok i zobaczył tajemnicze oblicze „Pana”. Zrozumiał. Tutaj każde cierpienie ma sens, a każda modlitwa będzie wysłuchana.

A po wielu, wielu latach opowiedział mi te historię pewien pan o imieniu Piotr.
Był to zdrowy, silny mężczyzna, mąż i ojciec rodziny. opowiedział mi jej „ziemską” część, „niezwykłą” wyczytałem w jego szlachetnych oczach. Kowal

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *